wychodzę z cienia, po kawałku
9.00 rano.
tramwaj.
podjeżdża.
łubudu – otwieram drzwi.
siadam. cisza. gazeta.
pssyt – puszka piwa z tyłu głowy.
telefon – z tego samego miejsca co pssyt:
- Mamo! Ale ja stałam tylko pod śmietnikiem, no nie?
Nie piłam piwa! To oni podjechali, co nie, i mówią, że mają węgiel do sprzedania.
No, to się pytam za ile, a oni mówią, że jestem podobna do córki Maradony.
No mamo! Nie piłam, to oni byli napierdoleni.
Pani Krystyna, u której wynajmowaliśmy mieszkanie – urodziła się w polskim Lwowie, młodość i dorosłe życie spędziła we Lwowie radzieckim, na starość zadomowila się w ukraińskiej odmianie Lwowa.
Nie zmieniła mieszkania, mieszkanie zmieniało tylko adresy. Dom stanął przy ul. Orląt Lwowskich, po ’45 roku przeniósł się na ul. Turgieniewa, a w latach ’90 osiadł, już chyba na stałe, przy ul. Bohaterów UPA.
Na pewnym festiwalu, pewnien hinduski reżyser wystawił swoją sztukę. Czas i miejsce nie są tu istotne. Poziom artystyczny także. Przedstawienie zaczęło się pokazem tańca w stylu bollywood. Dziewczęta wiły się, uśmiechały, pląsały i kreciły. Ich ręce rysowły w powietrzu poziome, pionowe a i falujące kształty. Skupiłem się na liderce, stała w środku, zdecydowanie najlepiej tańczyła. Uśmiechnięta zawodowo. Dłonie wirują jak trzeba, błyskotki na nadgarstkach odbijają się w reflektorach.
Pięć minut przed spektaklem stałem w kolejce do ubikacji. Ta sama liderka wyszła przede mną z kabiny, ominęła mnie i pobiegła na scenę. Podobnie jak mnie, ominęła też umywalkę i mycie rąk.
Te i inne atrakcje już w najbliższej edycji Jesiennych Gawęd Urodzinowych.
ahoj
A kiedy już wszytko załatwiliśmy jak należy i misja była wykonana pojawił sie kamyk pod kołem tira. A my na drodze kamyka. Strzał jak z pistoletu, szkło i panika. I czas zwolnił. Musial zwolnić, bo policja dojeżdżała prawie trzy godziny.
Kamil szukał grzybów na polu pszenicy a potem liczyliśmy ile samochodów przejeżdza A4 w ciągu minuty.
- Szkoda, że nie zjedlismy tych pierogów w barze – powiedział smutno.
Razem z policją przyjechała trąba powietrzna, panowie zdążyli wziąć nasze dokumenty i kazali nam uciekać za nimi na najbliższą stację benzynową. Dopiero na miejscu sprawdziliśmy, czy uciekaliśmy za właściwym samochodem. Trąba utrudniała widoczność.
Kamil dostał worek na śmieci i zrobił sobie szybę. Policjanci zjedli po hot-dogu. A my w drogę.
Wieczorem w sklepie usłyszałem rozmowę:
- dobra ta kaszanka meksykańska?
- bardzo dobra.
- daj mi dwie na spróbowanie.
Spróbował na miejscu. Potwierdził.
- daj mi wszystkie kaszanki, naprawdę dobre.