Na pewnym festiwalu, pewnien hinduski reżyser wystawił swoją sztukę. Czas i miejsce nie są tu istotne. Poziom artystyczny także. Przedstawienie zaczęło się pokazem tańca w stylu bollywood. Dziewczęta wiły się, uśmiechały, pląsały i kreciły. Ich ręce rysowły w powietrzu poziome, pionowe a i falujące kształty. Skupiłem się na liderce, stała w środku, zdecydowanie najlepiej tańczyła. Uśmiechnięta zawodowo. Dłonie wirują jak trzeba, błyskotki na nadgarstkach odbijają się w reflektorach.
Pięć minut przed spektaklem stałem w kolejce do ubikacji. Ta sama liderka wyszła przede mną z kabiny, ominęła mnie i pobiegła na scenę. Podobnie jak mnie, ominęła też umywalkę i mycie rąk.
A kiedy już wszytko załatwiliśmy jak należy i misja była wykonana pojawił sie kamyk pod kołem tira. A my na drodze kamyka. Strzał jak z pistoletu, szkło i panika. I czas zwolnił. Musial zwolnić, bo policja dojeżdżała prawie trzy godziny.
Kamil szukał grzybów na polu pszenicy a potem liczyliśmy ile samochodów przejeżdza A4 w ciągu minuty.
- Szkoda, że nie zjedlismy tych pierogów w barze – powiedział smutno.
Razem z policją przyjechała trąba powietrzna, panowie zdążyli wziąć nasze dokumenty i kazali nam uciekać za nimi na najbliższą stację benzynową. Dopiero na miejscu sprawdziliśmy, czy uciekaliśmy za właściwym samochodem. Trąba utrudniała widoczność.
Kamil dostał worek na śmieci i zrobił sobie szybę. Policjanci zjedli po hot-dogu. A my w drogę.
Gombrowicz: Nazajutrz
Cokolwiek robimy, cokolwiek mówimy, czemukolwiek się oddajemy – płyniemy i płyniemy. Podczas, gdy to piszę także płyniemy. Twarze są przerażające, bo uśmiechnięte. Ruchy straszliwe, bo pełne spokoju i doskonałego błogostanu.
Środa
Goya, miasteczko płaskie.
Pies. Sklepikarz na progu sklepu. Samochód ciężarowy, czerwony. Bez komentarza. Nie nadaje się do żadnej glossy. Tu jest tak, jak jest.
Rynek 10.00, słońce, pusta kawiarnia. Siadam. Biała kawa, otwieram książkę. Mijają dwie minuty, czterdziestoparoletni mężczyzna siada kilka stolików dalej. Podsłuchuję – czarna kawa. Podglądam – otwiera książkę Paul de Man Ideologia estetyczna. Ładna okładka. Kolejne dwie minuty – siedemdziesięciolatek, dziarski, szczupły energiczny. Podsłuchuję: biała kawa. Podglądam: Rzeczpospolita.
I tak siedzimy sobie we trzech, w pustej kawiarni. Młody, średni i najstarszy. Trzy kawy, trzy teksty, spoglądamy na siebie. Rytm.
A rano i cała noc arytmiczna.
Do średniego przychodzi kolega. Rytm się burzy. Schodzą się tłumy. Trzeba uciekać.
Gombrowicz:
Nazajutrz
Płyniemy. Płynęliśmy przez cała noc i teraz płyniemy.
Estetyczny Everest Wrocławia, kawiarnia de lounge. Jest w niej coś z przedwojennego – tego najlepszego mieszczańskiego Breslau. Bogactwo, spokój i dobre maniery tamtych ludzi bez problemu odnalazłyby się przy dzisiejszym stoliku de lounge. W menu błyskotki z minionego świata – jakiś ślad tradycji, której współcześni wrocławianie ciągle nie mogą się dorobić. Kawa po wrocławsku i ciasto, ponoć serwowane przed wojną. Wystrój jak z Dwudziestolecia, aż się człowiek rozgląda, za stolikiem Skamandrytów, płaszczem Wieniawy, czy siedzącym za fortepianem Paderewskim.
Trzeci maj. Trzeci wolny dzień, cudowna pogoda i kawa na tarasie ulubionej kawiarni. Tuż nad Odrą, z widokiem na barokową elewację Uniwersytetu. Po prawej Ostrów, po lewej odnowione kamienice centrum miasta. Po rzece pływają łódeczki, za plecami marina z jachtami. Obok stare drzewo. Jestem w Europie! Zachwyt. Kontemplacja.
Kawa – widoki – Odra – książka- ćwierkanie wróbli – słońce. Cudo. Przeglądam Dzienniki Gombrowicza, trudno się skupić, kawa – widoki – wróble…
Trafiam na fragment z mało konkretną datą „poniedziałek”: Przyjechaliśmy do Tigre. To delta Parany. Płyniemy motorówką po ciemno i cicho ścielącej się tafli w gąszczu wysp. Zielono, niebiesko, przyjemnie, zabawnie. Przystanek i wsiada dziewczę, które… Jak powiedzieć? Piękność ma swoje tajemnice. Wiele jest pięknych melodii, ale tylko niektóre są jak ręka, która dławi. Ta piękność była tak „biorąca”, że wszystkim zrobiło się dziwnie a może nawet wstydliwie – i nikt nie śmiał zdradzić się z tym, że się jej przypatruje, choć nie było oczu, które by ukradkiem nie podglądały jej olśniewającego istnienia.
Wtem dziewczę najspokojniej w świecie zaczęło dłubać w nosie.
Kto zaprzeczy, ze Żydzi są najmądrzejszym narodem świata? Po ostatnich wyborach w Izraelu już nikt. Właśnie wprowadzili w życie zasadę cudownej szczęśliwości dla wszytkich ludzi na świecie. Idea nie jest może nowa ale do tej pory nikt oficjalnie nie przekroczyl bariery fantazja/rzeczywistość. Owszem, okłamują nas w reklamach, że pasta wybiela zęby (a nie wybiela), mówią, że jak zażyjesz tabletek X schudniesz w ciagu miesiąca 10 kilo (tyjesz dwa).
Ale nikt, a już na pewno nie w sferze zycia publicznego, nie stworzył dwóch równoleglych rzeczywistości. A Żydzi stworzyli. Są najmadrzejsi. Otóż, po utworzeniu nowego rządu wszyscy ministrowie stanęli do pamiątkowej fotografii. Kilkudziesięciu mężczyzn i dwie kobiety: Sofa Landveri Limon Livnat. Za nimi falga, godło i w ogóle wszytko jak trzeba. Informację o tym wydarzeniu, wraz ze zdjęciem, opublikowały media, nadały stacje telewizyjne.
Problem w tym, że duża część obywateli Izraela nie zna swoich pań minister. Co więcej nigdy się o nich nie dowie i nie jest taką wiedzą w ogóle zainteresowana. Czemu? Bo orotdoksi nie uznają kobiet w polityce. Czy warto denerwować ortodoksa? Nie, nie warto. Dlatego prasa, która czytają ortodoksi informację o nowych władzach ilustruje tą samą fotografią ale bez kobiet. W ich miejscu zdolny grafik wstawił dwóch panów. Reszta naprawdę bez zmian.
Dwóch rzeczy wystrzega się nowoczesny Europejczyk. Posądzenia o antysemityzm i stereotypowe ocenianie innych narodów. Jest taki serial (kiedyś śmieszny) “Hotel Zacisze”. Kiedy do restauracji hotelowej przychodzą starsi Niemcy obsługa wpada w panikę. Szef – John Cleese biega przerażony i syczy: Tylko nie wspominajcie o wojne! Ani słowa o nazistach! A potem następuje seria przejęzyczeń. Zamiast sera – Hitlera itd.
Stereotyp siedzi w naszych głowach, przysypany poprawnoscią polityczną. Nowoczesny Europejczyk tłumi go i tłamsi, a on i tak czasem z jego głowy wyskakuje. Niestety znowu padnie na Niemców. Jako dziecko poznałem język niemiecki z filmów wojennych. Wiadomo jaki obraz budował esesman z pistoletem i zwroty typu: polonisze szwajne! raus!
A potem usłyszałem niemiecki w jakimś programie o opozycji lat 80. Wspominali też Niemcy, którzy wysyłali nam paczki, poligrafię i maszyny drukarskie. I to był inny niemiecki – dojrzały, rzeczowy, po prostu – zachodni. Jak angielski, francuski czy szwedzki. Tak zacząłem odbierać Niemców.
Parę dni temu szukałem kilku wyrazów w elekotronicznym słowniku ling.pl. Każdy kto z niego korzysta wie, że po wpisaniu jakiegokolwiek słowa w jakimkolwiek języku wyskakują dziesiątki tłumaczeń – synonimy, związki frazeologiczne, terminy branżowe, naukowe, potoczne itp. Wpisuje się dany wyraz, wybiera język na jaki ma być przetłumaczony i wyskakuje cała seria tłumaczeń. Jest jeden wyjątek: tabletki. Kiedy wpisuje się to słowo i klika na niemiecką flagę wyskakuje jedno jedyne hasło: tabletki do gazowania.