uratowany z ISO 800
wrzesień 23, 2009nuka
lipiec 19, 2009rytm
lipiec 18, 2009Gombrowicz:
Nazajutrz
Cokolwiek robimy, cokolwiek mówimy, czemukolwiek się oddajemy – płyniemy i płyniemy. Podczas, gdy to piszę także płyniemy. Twarze są przerażające, bo uśmiechnięte. Ruchy straszliwe, bo pełne spokoju i doskonałego błogostanu.
Środa
Goya, miasteczko płaskie.
Pies. Sklepikarz na progu sklepu. Samochód ciężarowy, czerwony. Bez komentarza. Nie nadaje się do żadnej glossy. Tu jest tak, jak jest.
Rynek 10.00, słońce, pusta kawiarnia. Siadam. Biała kawa, otwieram książkę. Mijają dwie minuty, czterdziestoparoletni mężczyzna siada kilka stolików dalej. Podsłuchuję – czarna kawa. Podglądam – otwiera książkę Paul de Man Ideologia estetyczna. Ładna okładka. Kolejne dwie minuty – siedemdziesięciolatek, dziarski, szczupły energiczny. Podsłuchuję: biała kawa. Podglądam: Rzeczpospolita.
I tak siedzimy sobie we trzech, w pustej kawiarni. Młody, średni i najstarszy. Trzy kawy, trzy teksty, spoglądamy na siebie. Rytm.
A rano i cała noc arytmiczna.
Do średniego przychodzi kolega. Rytm się burzy. Schodzą się tłumy. Trzeba uciekać.
Gombrowicz:
Nazajutrz
Płyniemy. Płynęliśmy przez cała noc i teraz płyniemy.
niedoskonałość
czerwiec 7, 2009Nie zawsze jedzenie najbardziej smakuje w restauracji pierwszej klasy. Do mnie zresztą prawie zawsze sztuka przemawia silniej, gdy objawia się w sposób niedoskonały, przypadkowy i fragmentaryczny, niejako sygnalizując mi jedynie swoją obecność, pozwalając przeczuć siebie poza nieudolnością interpretacji. Wolę Szopena, dolatującego przez okno, na ulicy, niż Szopena ze wszystkimi szykanami na koncertowej estradzie.
/W. Gombrowicz, Dzienniki/
nasza robota
maj 24, 2009Ile ludzi można wymordować przez 60 lat pokoju? Pewnie mniej niż w ciągu 5 lat trwania II wojny światowej, ale trzymamy dobrą formę. Europa po 1945 roku to miliardy wydarzeń i setki przeciwstawnych „jedynych prawd”. Autorzy wystawy „Europa – to nasza historia” wybrali kilkaset faktów i w miarę uniwersalne jedyne prawdy. Mogło być tendencyjnie albo patetycznie. Mogło być też dydaktycznie.
W czasie wojny bombardowano tysiące miast ale na wystawie pojawia się zdjęcie zrujnowanej Kolonii. Dzięki temu można uciec o czarno-białych podziałów na złych Niemców i dobrą resztę Europy. Wystawa mówi jedno – my ludzie, co jakiś czas rozwalamy miliony innych ludzi, za jedzenie, kształt nosa, surowce naturalne albo po prostu z powodu zbyt długo trwającego spokoju.
Wchodzisz i dopada cię przygnębienie. Absurdalna masakra i niszczenie wszystkiego, co było do zniszczenia. Oświęcim. To jedno zdjęcie jest skrajnym przykładem ludzkich możliwości. Idziemy dalej. Ciemna sala, na podłodze podświetlone zdjęcie ruin Kolonii, na czarnym ekranie lecą napisy z liczbą wymordowanych przez Niemców, Rosjan i całej reszty. Takie podsumowanie. Polacy: 6,5 miliona (w tym 3,8 mln Żydów)…1800 mieszkańców Rotterdamu umiera z głodu… – nie pamiętam czy miesięcznie, czy tygodniowo. Za plecami słyszę rozmowę – zbliża się grupa niemieckich emerytów. Mili, sympatyczni, ale mają tyle lat, że przynajmniej na hitlerjugend mogli się załapać. Dziwne uczucie. Który z nich dorzucił do tych milionów kilka trupów?
Na szczęście ratuje nas międzynarodowa wycieczka nastolatków. Żywy przykład na to, że organizatorom wystawy udało się uniknąć dydaktyzmu. Nic ich nie rusza. Śmieją się i szczebioczą.
Wchodzimy w czerwony świat komunizmu. Zachód w tym czasie zdążył już stanąć na nogi. Europę Wschodnią czeka piekło nr 2.
Część polska – poświęcona głównie latom 70 i 80 idealnie pokazuje, czym różnimy się od reszty krajów i narodów. Wszyscy naokoło walczyli, ginęli, pracowali na legendę i mieli swoich katów. Węgrzy, wschodni Niemcy, Czesi, Słowacy, Rumuni… Ale polska wystawa jest nie do pomylenia. Już na wejściu napadają cię dziesiątki krzyży, różańców, medalików, czapka kardynała, sutanna księdza Jerzego, sandał proboszcza, Matka Boska, Ojciec Święty, Kyrie Elejson… Skrajny patetyczno-tragiczny styl. Kicz i pewność przegranej już na wstępie. Naród, który lubi ginąć. Smutny, poddany, samoupokarzający się. Idolem Polaków jest Jezusik frasobliwy, na krzyżu, cierpiący tak trochę po frajersku, mierząc miarą dzisiejszego zachodniego świata.
Jest też weselszy moment – kroniki filmowe. Dziarski głos spikera, na ekranie mury pną się do góry a przed telewizorem zasiadły trzy starsze panie. Może i kłamali w tych kronikach ale panie słuchały ze wzruszeniem. Nie informacji o kolejnej hucie czy sukcesach PGR-u. Słuchały dźwięków ze swojej młodości.
Kaczka bez chaszcza
maj 8, 2009- A czemu ty kaczkę filmujesz, jak Murzyna – dziwadło jak żywe – filmować ci trzeba, i ludzi, co modnie ubrani i zadowoleni. I sklepy z czekolad setką.
- A filmuje, bo pływa po wodzie.
- A głupiś ty, taśmę marnujesz.
Nie kaczki ja filmowałem a wodę czystą, przejrzystą.
Dwanaście lat temu, dziesiątka piętnastoletnich pryszczatych prowincjuszy i ksiądz-ojciec-opiekun pierwszy raz w życiu wyrwała się do cywilizacji. Niemcy, Francja, Hiszpania, Portugalia, Szwajcaria a nawet Lichtenstein. A kaczki? Pływały w jeziorze bodeńskim albo i genewskim. Nieważne, w którym, wszystkie one tak samo ładne były.
Biedni, przestraszeni, z garstką grzecznych zdań za pazuchą siedzieliśmy nad tym czy tamtym jeziorem i patrzeliśmy jak ludzie się śmieją, jedzą i rozmawiają. Inni ludzie, inny śmiech, inne jedzenie.
Zawsze mi tęskno było do tamtego świata – i łatwiejszy i przyjemniejszy i bogatszy. Co nierówne – wyrównane, co brzydkie – wyładnione, co śmierdzące – wypachnione. I mówię wam, nie kaczkę ja filmowałem dla kaczki samej, tylko to, że ona ciekawa mi się wydała na tle wody czystej, brzegu równego, kamiennego, bez listka chwastu. Że ona, na tle barierki – i miłej w dotyku i czystej i równej – dostojnie pływała. Kaczka też jakaś ładniejsza była, grzeczniejsza jakby, uporządkowana. Równo pływała.
I nie chcę ja żyć w mieście, które wyszło całe z kultury, a w którym natura ma więcej do powiedzenia. Gdzie i ludzie są dziksi niż kaczka genewska i kaczki patrzą tylko jakby tu skórkę od chleba skraść, zeżreć potajemnie przed innymi kaczkami i potaplać się w błocie na brzegu kamiennym. W chaszczach brzegowych pokwakać. Obok starej reklamówki z chlebem spleśniałym posiedzieć.
I ile ja muszę jeszcze na kaczkę taką czekać? Ile? Na brak dzikusów, na petów przez okno samochodu niewyrzucanie, na piwa Wojak publiczne niepicie? Może i nigdy nie będzie u nas grzecznych kaczek? Może my na skraju tamtego świata? I tylko na wycieczki do kaczki jeździć możemy. A u siebie w naturze się taplać. Co się kaczce dziwić – ona jest taka jak błoto lokalne.
G. chodzi za mną.
Gombrowicz „Dzienniki” [Łobodowski o Argentynie]:
W Madrycie człowiek siedzi przy stoliku kawiarnianym na ulicy i, choć nic konkretnego go nie oczekuje, wie, że wszystko może się zdarzyć: przyjaźń, miłość, przygoda. Tutaj wiadomo, że nic się nie stanie.

Opublikował/a tentymon
Opublikował/a tentymon 
Opublikował/a tentymon 









