Kaczka bez chaszcza

maj 8, 2009

- A czemu ty kaczkę filmujesz, jak Murzyna – dziwadło jak żywe – filmować ci trzeba, i ludzi, co modnie ubrani i zadowoleni. I sklepy z czekolad setką.

- A filmuje, bo pływa po wodzie.

- A głupiś ty, taśmę marnujesz.

Nie kaczki ja filmowałem a wodę czystą, przejrzystą.

Dwanaście lat temu, dziesiątka piętnastoletnich pryszczatych prowincjuszy i ksiądz-ojciec-opiekun pierwszy raz w życiu wyrwała się do cywilizacji. Niemcy, Francja, Hiszpania, Portugalia, Szwajcaria a nawet Lichtenstein. A kaczki? Pływały w jeziorze bodeńskim albo i genewskim. Nieważne, w którym, wszystkie one tak samo ładne były.

Biedni, przestraszeni, z garstką grzecznych zdań za pazuchą siedzieliśmy nad tym czy tamtym jeziorem i patrzeliśmy jak ludzie się śmieją, jedzą i rozmawiają. Inni ludzie, inny śmiech, inne jedzenie.

Zawsze mi tęskno było do tamtego świata – i łatwiejszy i przyjemniejszy i bogatszy. Co nierówne – wyrównane, co brzydkie – wyładnione, co śmierdzące – wypachnione. I mówię wam, nie kaczkę ja filmowałem dla kaczki samej, tylko to, że ona ciekawa mi się wydała na tle wody czystej, brzegu równego, kamiennego, bez listka chwastu. Że ona, na tle barierki – i miłej w dotyku i czystej i równej – dostojnie pływała. Kaczka też jakaś ładniejsza była, grzeczniejsza jakby, uporządkowana. Równo pływała.

I nie chcę ja żyć w mieście, które wyszło całe z kultury, a w którym natura ma więcej do powiedzenia. Gdzie i ludzie są dziksi niż kaczka genewska i kaczki patrzą tylko jakby tu skórkę od chleba skraść, zeżreć potajemnie przed innymi kaczkami i potaplać się w błocie na brzegu kamiennym. W chaszczach brzegowych pokwakać. Obok starej reklamówki z chlebem spleśniałym posiedzieć.

I ile ja muszę jeszcze na kaczkę taką czekać? Ile? Na brak dzikusów, na petów przez okno samochodu niewyrzucanie, na piwa Wojak publiczne niepicie? Może i nigdy nie będzie u nas grzecznych kaczek? Może my na skraju tamtego świata? I tylko na wycieczki do kaczki jeździć możemy. A u siebie w naturze się taplać. Co się kaczce dziwić – ona jest taka jak błoto lokalne.

G. chodzi za mną.

Gombrowicz „Dzienniki” [Łobodowski o Argentynie]:

W Madrycie człowiek siedzi przy stoliku kawiarnianym na ulicy i, choć nic konkretnego go nie oczekuje, wie, że wszystko może się zdarzyć: przyjaźń, miłość, przygoda. Tutaj wiadomo, że nic się nie stanie.

wrocław


bez tytułu

maj 3, 2009

Estetyczny Everest Wrocławia, kawiarnia de lounge. Jest w niej coś z przedwojennego – tego najlepszego mieszczańskiego Breslau. Bogactwo, spokój i dobre maniery tamtych ludzi bez problemu odnalazłyby się przy dzisiejszym stoliku de lounge. W menu błyskotki z minionego świata – jakiś ślad tradycji, której współcześni wrocławianie ciągle nie mogą się dorobić. Kawa po wrocławsku i ciasto, ponoć serwowane przed wojną. Wystrój jak z Dwudziestolecia, aż się człowiek rozgląda, za stolikiem Skamandrytów, płaszczem Wieniawy, czy siedzącym za fortepianem Paderewskim.

Trzeci maj. Trzeci wolny dzień, cudowna pogoda i kawa na tarasie ulubionej kawiarni. Tuż nad Odrą, z widokiem na barokową elewację Uniwersytetu. Po prawej Ostrów, po lewej odnowione kamienice centrum miasta. Po rzece pływają łódeczki, za plecami marina z jachtami. Obok stare drzewo. Jestem w Europie! Zachwyt. Kontemplacja.
Kawa – widoki – Odra – książka- ćwierkanie wróbli – słońce. Cudo. Przeglądam Dzienniki Gombrowicza, trudno się skupić, kawa – widoki – wróble…
Trafiam na fragment z mało konkretną datą „poniedziałek”:
Przyjechaliśmy do Tigre. To delta Parany. Płyniemy motorówką po ciemno i cicho ścielącej się tafli w gąszczu wysp. Zielono, niebiesko, przyjemnie, zabawnie. Przystanek i wsiada dziewczę, które… Jak powiedzieć? Piękność ma swoje tajemnice. Wiele jest pięknych melodii, ale tylko niektóre są jak ręka, która dławi. Ta piękność była tak „biorąca”, że wszystkim zrobiło się dziwnie a może nawet wstydliwie – i nikt nie śmiał zdradzić się z tym, że się jej przypatruje, choć nie było oczu, które by ukradkiem nie podglądały jej olśniewającego istnienia.
Wtem dziewczę najspokojniej w świecie zaczęło dłubać w nosie.


mędrcy świata

kwiecień 27, 2009

Kto zaprzeczy, ze Żydzi są najmądrzejszym narodem świata? Po ostatnich wyborach w Izraelu już nikt. Właśnie wprowadzili w życie zasadę cudownej szczęśliwości dla wszytkich ludzi na świecie. Idea nie jest może nowa ale do tej pory nikt oficjalnie nie przekroczyl bariery fantazja/rzeczywistość. Owszem, okłamują nas w reklamach, że pasta wybiela zęby (a nie wybiela), mówią, że jak zażyjesz tabletek X schudniesz w ciagu miesiąca 10 kilo (tyjesz dwa).

Ale nikt, a już na pewno nie w sferze zycia publicznego, nie stworzył dwóch równoleglych rzeczywistości. A Żydzi stworzyli. Są najmadrzejsi.  Otóż, po utworzeniu nowego rządu wszyscy ministrowie stanęli do pamiątkowej fotografii. Kilkudziesięciu mężczyzn i dwie kobiety: Sofa Landveri Limon Livnat. Za nimi falga, godło i w ogóle wszytko jak trzeba. Informację o tym wydarzeniu, wraz ze zdjęciem, opublikowały media, nadały stacje telewizyjne.

Problem w tym, że duża część obywateli Izraela nie zna swoich pań minister. Co więcej nigdy się o nich nie dowie i nie jest taką wiedzą w ogóle zainteresowana. Czemu? Bo orotdoksi nie uznają kobiet w polityce. Czy warto denerwować ortodoksa? Nie, nie warto. Dlatego prasa, która czytają ortodoksi  informację o nowych władzach ilustruje tą samą fotografią ale bez kobiet. W ich miejscu zdolny grafik wstawił dwóch panów. Reszta naprawdę bez zmian.

.

obraz-001

/skan z tygodnika Polityka/


stereotyp

marzec 29, 2009

Dwóch rzeczy wystrzega się nowoczesny Europejczyk. Posądzenia o antysemityzm i stereotypowe ocenianie innych narodów. Jest taki serial (kiedyś śmieszny) “Hotel Zacisze”. Kiedy do restauracji hotelowej przychodzą starsi Niemcy obsługa wpada w panikę. Szef – John Cleese biega przerażony i syczy: Tylko nie wspominajcie o wojne! Ani słowa o nazistach! A potem następuje seria przejęzyczeń. Zamiast sera – Hitlera itd.

Stereotyp siedzi w naszych głowach, przysypany poprawnoscią polityczną. Nowoczesny Europejczyk tłumi go i tłamsi, a  on i tak czasem z jego głowy wyskakuje. Niestety znowu padnie na Niemców.  Jako dziecko poznałem język niemiecki z filmów wojennych. Wiadomo jaki obraz budował esesman z pistoletem i zwroty typu: polonisze szwajne! raus!

A potem usłyszałem niemiecki w jakimś programie o opozycji lat 80. Wspominali też Niemcy, którzy wysyłali nam paczki, poligrafię i maszyny drukarskie. I to był inny niemiecki – dojrzały, rzeczowy, po prostu – zachodni. Jak angielski, francuski czy szwedzki. Tak zacząłem odbierać Niemców.

Parę dni temu  szukałem kilku wyrazów w elekotronicznym słowniku ling.pl. Każdy kto z niego korzysta wie, że po wpisaniu jakiegokolwiek słowa w jakimkolwiek języku wyskakują dziesiątki tłumaczeń – synonimy, związki frazeologiczne, terminy branżowe, naukowe, potoczne itp. Wpisuje się dany wyraz, wybiera język na jaki ma być przetłumaczony i wyskakuje cała seria tłumaczeń. Jest jeden wyjątek: tabletki. Kiedy wpisuje się to słowo i klika na niemiecką flagę wyskakuje jedno jedyne hasło: tabletki do gazowania.


triumf mas

marzec 1, 2009

Pomysł świetny, organizacja bez zarzutu, frekwencja wyśmienita. Efekty? To zależy, kto komentuje. Kolejna, chyba trzecia, impreza Photo Day – wolny wstęp, do zamkniętych na co dzień, ale ciekawych miejsc we Wrocławiu – zgromadziła ponad 500 osób! Wokół czego mogą jednoczyć się młodzi ludzie miasta, którego nowa tożsamość ma dopiero 64 lata? Ich dziadkowie mają Kresy, Lwów i sadzenie drzew wzdłuż zrujnowanych ulic Breslau. Przywieźli ze sobą historię innych miejsc a to nowe urządzili w miarę możliwości po swojemu. Młodzi wrocławianie złapali się na świetny marketingowo mit wielokulturowości i magiczności Miasta Wielu Narodów. Szczerze mówiąc, w jednonarodowej i jednowyznaniowej Polsce, załapali się na możliwie najlepszy mit. I całe szczęście, że mogą ten mit przekuwać w rzeczywistość. Chyba dlatego na imprezy typu – Photo Day czy spacerowniki Gazety Wyborczej przychodzi kilkaset a nawet ponad tysiąc osób. To dlatego książki Marka Krajewskiego, mimo, że są gatunkowo dość niską i schematyczną literaturą, sprzedaj się i czytają pewnie w milionach egzemplarzy.

W niedzielę te 500 osób chodziło tak naprawdę po cmentarzu. To, co zostało z Wytwórni Filmów Fabularnych przypomina połączenie Wrocławia po bombardowaniu i szpitala psychiatrycznego po buncie pacjentów. Jest oczywiście szalenie fotogeniczne. Ponoć jest też wyjątków magiczne. Ale czy zdemolowane groby są magiczne? Wyrwane kable, wiekowe pajęczyny, krople wilgoci kapiące na pęknięte szyby, grzyb i smród amoniaku. Cmentarze i fotografia potrzebują skupienia i samotności. Na FD nie było to możliwe. Kiedy do jednego pomieszczenia wchodzi równocześnie 100 osób z aparatami fotograficznymi, kiedy zniszczony wózek inwalidzki, symbolicznie oczywiście wielce wymowny, fotografuje się tysiące razy – jego symboliczność jest żadna. I można by tak, podpierając się Ortegą y Gasettem i Adornem pisać z pogardą o najgorszej twarzy kultury masowej i demokracji. Skoro każdemu wolno robić zdjęcia, każdemu wolno je publikować, to jak odnaleźć te naprawdę wartościowe? No pewnie o wiele trudniej niż kiedyś, ale w czasach pierwszych krytyków kultury masowej nie było sita do przesiewania miliardów informacji. Jeśli korzystasz z internetu – równie szybko wpiszesz adres bezwartościowej galerii jak i najlepszej agencji fotograficznej świata. To jest tylko kwestia wyboru. Zabranie ze sobą aparatu i pojawienie się pod Wytwórnią Filmów Fabularnych to też kwestia wyboru. A aktywizm jest sto razy lepszy niż krytykowanie. I nie chodziło wcale o robienie zdjęć, nie było do tego warunków. Raczej o to, że takie popkulturowe krytykowanie jest dużo bardziej jałowe niż pojawienie się w teoretycznie wyjałowionym tłumie.

_dsc0068_zr_721

.

_dsc0037_zr007_72

.

_dsc0041_zr007_72

.

_dsc0099_zr_72

.

José Ortega y Gasset  Bunt mas

Theodore Adorno O Jazzie


opowiemy wam słowami

luty 9, 2009

Zabijają człowieka.

Jest Polakiem, więc sprawa interesuje Polaków.

Z urywków wiadomości można odtworzyć sytuację:

Trzynastoletni syn porwanego słyszy od miesiąca co zrobią jego tacie i kto w polskich służbach, władzach, mediach najbardziej pomógł rodzinie, a kto nie pomógł wcale. Wcześniej słyszał o wiele mniej, bo telewizja i gazety przegapiły tak wybitnie czołówkowego newsa. Być może nie słyszał nic, bo pojawiają się oskarżenia, że polskie służby i polski rząd w sprawie porwanego nie zrobił nic.  Mało tego, podobnie jak w sprawie autostrad, szpitali i tajnych współpracowników szuka się właściwego adresata tych oskarżeń. Czy jest to obecny “rząd nierobów” czy może poprzedni “rząd – niszczyciel polskich służb specjalnych”.

Wszystkie kłótnie tracą na znaczeniu, bo z Pakistanu płynie informacja, że Polaka zabito. Zabito go gdzieś bardzo daleko ale nic straconego – jest nagranie audio-video, zbliżenia, efekty specjalne, Full HD.

MSZ apeluje do mediów, żeby nie pokazywały tej taśmy.

Media są dojrzałe i mają na względzie tylko i wyłacznie dobro rodziny.

Od wczoraj zaczął się w Polsce festiwal: “Środki Przekazu w Służbie Niewidomym”.

8 luty:

- Polakowi ścięto głowę, a nie jakieś tam “zastrzelono z pistoletu”

- tuż przed śmiercią powiedział to i to a potem odcięto mu głowę

- nie chcial zadzownić do rodziny, chociaż porywacze dali mu telefon

9 luty – podano scenografię:

- Polak klęczał, za nim wisiała czarna flaga z białymi napisami po arabsku, był spokojny jakby nie spodziewał się, że za chwile zginie.

Wiemy już też, że kasetę obejrzało m.in.: polskie radio.  - Widzieliśmy nagranie ale w odpowiedzi na apel ministerstwa nie opublikujemy jej (pocztówka dźwiękowa?) – słyszeliśmy w porannych wiadomościach. Nie jesteśmy frajerami i wszystko widzieliśmy, jesteśmy – jak na media przystało – szybcy i jak nas wywalają drzwiami to my oknem. Ale żeby nie było – apel to apel i my stajemy do apelu.

Czekamy na wyjaśnienie ostatnich wątpliwości:

- jakiej marki telefon oferowali porywacze Polakowi?

- czemu Polak był spokojny?

- jakie to było cięcie?  Pojedyncze? Maczetą? Mieczem?

Miejmy nadzieję, że przy egzekucji był lekarz, którego profesjonalny opis przedostanie sie do wybranych mediów, które zostaną zacytowane przez wszystkie inne media. Jedyną obawą są granice języka. O ile obraz i dźwięk sa w tym sensie uniwersalne, o tyle ze słowem może być problem. Jeśli ten miecz nie ma odpowiednika w j. polskim to co? Jeśli rodzaj ścięcia jest w polszczyznie nienazywalny? Wszyscy przecież wiemy, że Eskimosi mają 70 określeń na nasz polski pojedynczy śnieg.


plus kraków, minus pogoda

styczeń 5, 2009

kraków bardzo udany:

- nowego roku wycieczkowe powitanie
- przyjaciół odwiedzenie (marek,  ada) :)
- w mrożku sławomiru mieszkaniu zamieszkanie
- najlepszego jedzenia zjedzenie (momo!!!, indus)

- minus pogoda:  jakies  -10/15 stopni. lodownia

.

_dsc0124_zr_722

.

_dsc0134_zr_722


.

grudzień 30, 2008

nie oglądaj się do tyłu

dsc_0593_zr2


Lustro Kratochvila

grudzień 23, 2008

Kapuściński dalej.
Z, „przede wszystkim reportera”, stał się dla mnie „przede wszystkim filozofem”. Kimś, kto potrafi podać dobrą, ciekawą, prawdziwą i – co najważniejsze – otwartą na ciąg dalszy odpowiedz. Odpowiedź na, właściwie, większość pytań współczesnego świata.

Szóste Lapidarium to, dla post-post modern człowieka, który świadomie przeżywa XXI wiek, coś niesamowitego.
Wczoraj przyjechał do mnie album Kratochvila (Czech, w albumie dużo zdjęć z Polski). Wszystko się połączyło. Poczta polska wygrała z kurierami DHL, DPD, UPC i SS. Jako jedyni zadzwonili i zapytali, czy mogą zostawić paczkę u sąsiada, bo „pod wskazanym adresem nikogo nie ma”. To naprawdę mądrzejsze niż zostawianie avizo w skrzynce i zmuszanie do odbioru przesyłki z magazynu gdzieś na obrzeżach miasta. Plus dla Polaków. Plus dla prowincji, która wygrała z wielkimi międzynarodowymi firmami.
Kapuściński to też prowincja.

Potem Kratochvil. Prowincjusz, Słowianin, Czech, bratanek. Zdjęcia z Polski. Jedno z jakiejś pielgrzymki, golgoty czy jak to się tam nazywa. Klęczący ludzie, umęczeni, smutni, zdjęcie lekko rozmyte, widać ruch zgiętych w kolanach nóg. Wszyscy w jednym tempie, w jednym rytmie pokuty. Jak więźniowie obozów koncentracyjnych. Od razu skojarzenia z Malczewskim – Błędne Koło, jakiś Chocholi taniec wokół symboli, mitów, kompleksów polskich. Katolicyzm i Polska do 1989 r. (data mocno umowna) mają wiele wspólnego, tak się przegryzły, że już ciężko to od siebie odseparować. Masochistyczna potrzeba przegranej, beznadzieja i pokora.

Kapuściński, wspominając Herodota, twierdzi, że jako pierwszy zrozumiał on teorię luster – „nie można poznać własnej kultury, nie znając innych. Własna kultura odbija się w innych i dopiero wtedy zaczyna być rozumiana. Inne kultury są lustrami.
Lustro Kratochvila warte obejrzenia.

K. pisze też, że Herodot, był pierwszym historykiem, który przedstawił świat w kategoriach wielokulturowych. Nie dzielił go na lepszą część – kulturę grecką i mało wartościową resztę – barbaros. Wytłumaczenie takiego światopoglądu można znaleźć m.in.: w biografii Herodota – nie był on Ateńczykiem, urodził się gdzieś na pograniczu światów i kultur.
Kapuściński to też pogranicze.

Z tych kilkuset wpisów wybieram kilka – decyduję się na jakiś klucz. Zbliża się czas rachunków sumienia i postanowień wzniosłych.
No to lecimy kluczem:

Talent to kwestia ilości. Talent nie polega na napisaniu stronicy, ale trzystu stronic… Silni nie wahają się. Zasiadają do stołu, nie ustaną w trudzie… W literaturze są tylko woły. Geniusze to najtęższe woły, orzą przez 18 godzin na dobę, niezmordowanie. Sława, to ciągły wysiłek.
/Jules Renard/

Liczy się tylko próba. Wynik i tak jest porażką.
/Alberto Giacometti/

Osiągamy coś, tylko gdy zamierzymy coś nieosiągalnego.
/Ryszard Kapuściński/

Bez Nieustannej Praktyki niczego uczynić nie można. Praktyka jest Sztuką. Jeżeli zaprzestaniesz, jesteś zgubiony.
/William Blake/


chowanie

grudzień 22, 2008

Znowu wybrałem oswojoną pieczarę zamiast wyjścia na miasto. Jest kilka teorii takiego zachowania. Sprawa dość powszechnie komentowana i maglowana. Sama postawa popularna wśród znajomych, nie wiem nawet, czy nie typowa dla całego pokolenia. Egoizm, singlizm, różnie to można nazywać. Ładnie, mniej ładnie. Izolowanie się od rodziny, od innych ludzi, partnera życiowego. Uciekanie od tego partnera. Samemu. Sam na sam.

W Lapidarium numer sześć, w którym można znaleźć odpowiedź na prawie wszystkie pytania XXI wieku, także na ten temat coś wyczytałem. Kapuściński porównuje człowieka Zachodu (czyli mnie, ciebie) z człowiekiem  ”wielkiej nędzy”, z rejonów Afryki, Azji.

Wg. K. ten ostatni “istnieje przede wszytkim jako element szerszej społeczności – najogólniej mówiąc rodziny… Te związki są tak żywe, gdyż człowiek w strasznych warunkach nie może przeżyć jako indywidualność, jako jednostka. Może przeżyć tylko jako członek zbiorowości. Bycie we wspólnocie to warunek istnienia”.