Gombrowicz:
Nazajutrz
Cokolwiek robimy, cokolwiek mówimy, czemukolwiek się oddajemy – płyniemy i płyniemy. Podczas, gdy to piszę także płyniemy. Twarze są przerażające, bo uśmiechnięte. Ruchy straszliwe, bo pełne spokoju i doskonałego błogostanu.
Środa
Goya, miasteczko płaskie.
Pies. Sklepikarz na progu sklepu. Samochód ciężarowy, czerwony. Bez komentarza. Nie nadaje się do żadnej glossy. Tu jest tak, jak jest.
Rynek 10.00, słońce, pusta kawiarnia. Siadam. Biała kawa, otwieram książkę. Mijają dwie minuty, czterdziestoparoletni mężczyzna siada kilka stolików dalej. Podsłuchuję – czarna kawa. Podglądam – otwiera książkę Paul de Man Ideologia estetyczna. Ładna okładka. Kolejne dwie minuty – siedemdziesięciolatek, dziarski, szczupły energiczny. Podsłuchuję: biała kawa. Podglądam: Rzeczpospolita.
I tak siedzimy sobie we trzech, w pustej kawiarni. Młody, średni i najstarszy. Trzy kawy, trzy teksty, spoglądamy na siebie. Rytm.
A rano i cała noc arytmiczna.
Do średniego przychodzi kolega. Rytm się burzy. Schodzą się tłumy. Trzeba uciekać.
Gombrowicz:
Nazajutrz
Płyniemy. Płynęliśmy przez cała noc i teraz płyniemy.

Opublikował/a tentymon 
Opublikował/a tentymon 
Opublikował/a tentymon